Bywam dla siebie niedobra. Stosuję przemoc. Czasami z buta zasunę sobie prosto w brzuch. Uderzę otwartą dłonią w policzek. Nie raz, nie dwa. Kilka razy albo kilkanaście. Zasłużyłam przecież. Mogłam być lepsza.
Werdykt
Bywam dla siebie niedobra. Stosuję przemoc. Czasami z buta zasunę sobie prosto w brzuch. Uderzę otwartą dłonią w policzek. Nie raz, nie dwa. Kilka razy albo kilkanaście. Zasłużyłam przecież. Mogłam być lepsza.
Jesteśmy leniwi względem siebie. Tak, wiem, pisałam to już, ale napiszę jeszcze raz. Odkładamy rzeczy na później. Na nieokreślone później. Budzi nas do działania dopiero przyparcie do muru. Pracę, której nie lubisz zmieniasz nie dlatego, że chcesz, tylko dlatego, że cię z niej zwolniono. Idziesz na terapię nie dlatego, że chcesz, tylko dlatego, że objawy somatyczne zaczęły już poważnie zagrażać twemu zdrowiu. Szukamy prostych rozwiązań. Takich, które wydają się być szybkie, łatwe i gwarantujące rezultaty. Dlatego z taką chęcią chłoniemy historie ludzi, którzy zdecydowali się na radykalny zwrot.
Znalazłam się w punkcie krytycznym. Nie starcza mi czasu na myślenie. A to najgorsze, co można samemu sobie zrobić.
Posuwistymi ruchami wcierasz w siebie balsam. Przesuwasz palcami, powoli, po każdym centymetrze ciała. Wędrujesz leniwie od stóp, przez uda, pośladki i brzuch aż po piersi i szyję. Czujesz jak skóra mrowieje, sutki twardnieją. Stoisz nago, gotowa by rozpocząć dzień. Mgła perfum zwilża ci nadgarstki. Kropelki omiatają i chwytają w objęcia zapachu. Wargi miękko opadają na brzeg filiżanki. Rozkosz gorącego napoju rozpływa się w ustach. Naciągasz na siebie bieliznę. Jedwabna bluzka omiata ci talię i opada w okolicach bioder. Przeczesujesz włosy rękoma. Zatrzymujesz się chwilę przy karku. Pragniesz, by ta przyjemność trwała w nieskończoność.
Mówi się, że motywację trzeba znaleźć. Jakby rosła w lesie niczym grzyby po deszczu. Jakby można było ją złapać w garść tak jak poranną kawę na wynos.
No więc nie. To nieprawda. Ktoś was próbuje oszukać.
Nelson Madela powiedział kiedyś: It always seems impossible until it’s done. To zdanie zapisałam sobie w notatniku wielkimi literami. Nazwijcie mnie naiwną, ale chcę wierzyć, że naprawdę mało jest rzeczy nieosiągalnych.

Biorąc pod uwagę fakt, że z moim mężem zaczęłam się spotykać dopiero po dwóch latach znajomości, to chyba nie powinnam się wypowiadać na temat miłości od pierwszego wejrzenia. A jednak wtrącę swoje pięć groszy, tyle, że nie o ludziach chcę mówić, a o miejscach. Bo w nich zakochuję się właśnie tak – w pierwszej minucie spotkania. Albo nie zakochuję się w ogóle.
Chyba nikt nie lubi rozmów kwalifikacyjnych. Stresujesz się i czujesz się jak dzika kaczka pod ostrzałem. Czy znajdzie się ktoś, kto lubi chodzić na te rozmowy? Dla kogo jest to naturalna czynność, taka jak zakupy w spożywczaku?
Wierzę w ludzi. Wierzę w ich potencjał, w ich zdolności, w ich dobre intencje. Wierzę w dobro. Jedyne w co nie wierzę, to w siebie. Zbyt wiele oddaję innym.
Wraz ze zdobyciem tytułu mgr wystartowałam równiutko z innymi po sukcesy, po splendor, po karierę. Tyle, że popełniłam falstart. A w końcu stwierdziłam, że nie muszę tak biegać. Wolę własne tempo.

Na powierzchni mnie nie ma żadnych myśli. A jednak przeczuwam, że są. Skryły się gdzieś głęboko, podstępnie i wzbierają, i szykują przewrót. Za chwilę schwycą mnie za gardło i nie będzie już od nich ucieczki. Nauczona doświadczeniem, wiem, że muszę je z siebie wylać, inaczej całkowicie mnie zadławią. Nie będzie żadnego strumienia świadomości tylko rzeka fekaliów zalewających mój horyzont.