Wstawanie na innym kontynencie jest nieco dziwne

statua wolności

Czego się nie robi w dowód miłości? No cóż, wielu rzeczy. Tak przynajmniej mówią matki swoim nastoletnim córkom, gdy te poznają nowego chłopaka. Zdarzają się jednak sytuacje, gdy robi się dużo, zwłaszcza jak się nosi obrączkę na palcu i lubi swoje dwuczłonowe nazwisko. A i dla męża ma się całkiem sporo sympatii

Statua Wolności, USA, Stany Zjednoczone

Z tych powodów kilka miesięcy temu wyjechałam z mężem (a raczej za mężem) do USA. Jakoś nie wyobrażałam sobie odgrywania w Polsce roli wiernej Penelopy, choć wyobraźnię mam całkiem prężną. Więc oto jestem od 4 miesięcy mieszkanką Filadelfii. To dużo? Nie. Jednakże wystarczająco, by się zadomowić. Po czym wnoszę?

  1. Już wiem, że pieczenie w 220 stopniach oznacza tak naprawdę pieczenie w 428 stopniach. Fahrenheita.
  2. Ze spokojem przyjmuję najróżniejszy sposób zapisu mojego dwuczłonowego, dziewiętnastoliterowego nazwiska i dziesięcioliterowego imienia. Z literkami ł i ę się dawno pożegnałam, natomiast fakt, że rz i cz stanowią często barierę nie do przebrnięcia już mnie nawet bawi.
  3. Wiem, że aplikację o pozwolenie na pracę wysyła się od razu po przyjeździe, bez zostawiania sobie czasu na adaptację i poznanie nowego miasta. W czasie procesowania Twojego wniosku zdążysz się bardzo dobrze zadomowić. Jak również zdąży ci się ten adapciak znudzić.
  4. Nie dziwi mnie, gdy sklepy i kawiarnie się zamykają jak tylko spadnie trochę śniegu. O Boże, Boże, Bożenko. No naprawdę.
  5. Wiem, co to oznacza, że za oknem są 540 F bez przeliczania na 0C. I że nie jest to ukrop.
  6. Stoję spokojnie w kolejce na poczcie i nie czuję żadnej tęsknoty za Pocztą Polską. Gdyż tutaj jest tak samo.
  7. Wiem, że niespecjalnie jest powód do radości, gdy w sklepie widzi się szynkę za 12 dolarów, bo jest to cena za funta (niespełna 0,5 kilo).
  8. Nie dziwi mnie, że pani w punkcie poprawek krawieckich obsługuje klientów nie znając angielskiego, choć mieszka w Stanach pewnie dłużej niż ja.
  9. Wiem, że nie zamawia się pizzy podczas finału Super Bowl. Nie zostanie ona dowieziona przed końcem rozgrywki.
  10. Trzeba planować zakupy z wyprzedzeniem, bo niestety nie zejdzie się do sklepu na rogu, żeby kupić mleko. Na rogu to można co najwyżej kupić gazetę lub hot-doga, ewentualnie wyzbyć drobniaków oddając bezdomnym.
  11. Wiem, że nie opuszcza się restauracji bez pozostawienia co najmniej 15 % napiwku dla obsługi. ALBO: nie wraca się do restauracji, w której wcześniej się takiego napiwku nie zostawiło.
  12. Nie cieszy mnie fakt, że w końcu udało mi się wcisnąć w rozmiar 8. Ten rozmiar to europejska 10, w którą wcześniej wciskać się na siłę nie musiałam.
  13. Stoję spokojnie w korku, gdy zdarzy się jakiś wypadek i nie szukam bocznych, polnych dróg, żeby go ominąć. Bocznych dróg nie ma.
  14. Wiem, że nie odwiedza się drugi raz straganu, na którym kupiło się jabłka, które po trzech tygodniach wyglądają jak nowe.
  15. Wcale już mnie nie bawią żarty na temat tego, co można zrobić w czasie trwania reklam na Polsacie, bo tutaj można zrobić to samo. Dwukrotnie.
  16. Wiem, że nie należy mówić do Afroamerykanina o zdjęciu, które mu się zrobiło i które w naszej ocenie źle wyszło „Sorry, I think is too dark”.

Może na tym skończę, bo  mam jeszcze mnóstwo takich spostrzeżeń. Mimo wielu podobieństw zaskakujące jest jak bardzo życie w Europie i Ameryce się różni. To są często drobne rzeczy, jednak potrafią, powiedzmy ubarwić, życie emigranta. Napięcie w gniazdkach jest inne, inny jest standard wideo przez co europejskie płyty dvd tu nie działają, inne są miary objętości, długości, temperatury. Nie ma wielu sklepów, do których obecności w każdym centrum handlowym byłam przyzwyczajona. Nie ma niektórych kosmetyków, a ceny Inglota w Nowym Jorku porównywalne są z cenami M.A.C. Ludzie w Walmarcie nie są wcale aż tak dziwni, jak pokazują to różne filmiki na YT. Amerykanie są jednak faktycznie grubi, choć na ulicach tego nie widać, bo otyli ludzie po ulicach nie chodzą. Oni jeżdżą swoimi elektrycznymi niby-meleksami. Wszystko inne też jest zresztą duże. Wysokie budynki, szerokie samochody, dalekie odległości, pięciopasmowe drogi w jedną stronę, dziesięciolitrowe kubki lodów, kanapki w McDonald’s.

USA mają jakieś takie sreberko, które błyszczy, przyciąga wzrok. To naprawdę nie jest wytłumaczalne. Ja w to nie wierzyłam, zanim tu nie przyjechałam. Teraz jestem tu i się zadziwiam. Bo życie tutaj wcale nie jest łatwiejsze od tego w Polsce. Więc o co chodzi? Co sprawia, że USA są magnesem? Może właśnie o tę odmienność w stylu życia? Wszystko jest świeże i wydaje się też, że wszystko jest możliwe? Jesteśmy tak daleko od domu, od polskich przyzwyczajeń, że możemy naszkicować siebie na nowo? Będę to zgłębiać, bo nie rozumiem tego mechanizmu. I to jest naprawdę fascynujące.

Jedna myśl na temat “Wstawanie na innym kontynencie jest nieco dziwne

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s