Jak wymknąć się perwersji bezkarnego patrzenia?

Dzisiaj będzie o reportażu, który poruszył mnie, tak bardzo, że po jego przeczytaniu postanowiłam chwilę odpocząć od tego gatunku i nawiązać kilkuksiążkowy romans z beletrystyką.

Bardzo lubię reportaże. Przedstawiają świat i ludzką egzystencję takimi, jakimi są. Nie ma tu miejsca na postaci, których portret psychologiczny zależny jest wyłącznie od wyobraźni pisarza. Reporter pracuje na prawdziwym, istniejącym materiale. Opowiadane przez niego historie rezonują we mnie dużo bardziej niż te z fikcyjnego świata beletrystyki. Udany reportaż wyzwala więcej emocji i skuteczniej zmusza do refleksji niż dramat. Sięgnięcie po Eli, Eli było dla mnie naturalnym wyborem. Cenię sobie ostre pióro Tochmana. Po przeczytaniu wywiadu z nim w Zwierciadle (październik lub listopad 2013), zapragnęłam przeczytać i tę pozycję.

Reportaż opowiada o slumsach w Manili nazywanych Onyx. Tochman opisuje w nim historie kilkunastu osób – zarówno dzieci jak i dorosłych, zmagających się z codziennością ubóstwa. Opowieść o biedzie i beznadziei jest też przyczynkiem do rozważań o nas – zachodnich turystach z lustrzankami na szyjach, którzy w pogoni za sensacją, zapominają, że po drugiej stronie aparatu stoi żywy człowiek. Ubogi, obdarty i brudny, ale jednak posiadający swoją przyrodzoną godność i prawo do tego, by traktować go z szacunkiem większym niż przynależny zwierzęciu w klatce.

Książka ma niespełna 140 stron, ale trudno ją przeczytać jednym tchem. Dawkowałam sobie jeden rozdział dziennie, bo nie potrafiłam inaczej. Tochman pisze bardzo wprost, nie owija w bawełnę. Jego słowa precyzyjnie opisują biedę, taką, jaka jest i jednocześnie jakiej nie znamy lub znać nie chcemy. Co prawda słyszeliśmy już gdzieś o tym, że w slumsach gnieździ się mnóstwo niepiśmiennych, chorych, głodnych, brudnych ludzi. Że nie ma kanalizacji i elektryczności. Widzieliśmy zdjęcia domów z dykty i blachy falistej. Mamy świadomość dokonywanych tam gwałtów, wczesnych, nieplanowanych ciąż, śmiertelności dzieci. Tochman przedstawia nam problemy, których istnienia jesteśmy świadomi, ale jakość jego przekazu jest wymierzona tak, by trafić czytelnika prosto między oczy. Nie pozostawia złudzeń. Poraża. Takie rzeczy dzieją się w Manili:

„Kto by jej powiedział o antykoncepcji? Pan Bóg nie pozwala, Kościół jest przeciw, w imię ojca i syna, święta jest rodzina! Zachodzą więc w ciążę masowo, nawet przed trzynastym rokiem życia. Od własnych ojców dostają wtedy po twarzy, gdzieś, dziwko, dupę wycierała, wypierdalaj do tego, co ci to zrobił. A tam różnie bywa: zamknięte drzwi albo sto pesos na tabletki, które wszystko załatwią (…) [tabletki można kupić na przykościelnym straganie, tuż pod billboardem „No to abortion!” – przypis Thoughts Blender] Pigułki spod świętych obrazków wystarczy sobie włożyć w pochwę. Dla pewności co najmniej trzy, ale niektórzy mówią, że sześć. Tylko przed trzecim miesiącem. I wszystko ładnie wypływa. Bywa, że dziewczyny z Onyxu orientują się zbyt późno. Wtedy tabletka uszkadza płód, ale go nie usuwa. Niektóre próbują się ratować same i dłubią w sobie długim drutem. Rodzą dzieci bez oka, bez rąk, sine i do umarcia albo, co za szczęście, od razu całkiem martwe.”

To nie jest książka, którą można ze spokojem podczytywać siedząc w kawiarni. Ja bym nie umiała. Opis tak skrajnej biedy wyzwala we mnie poczucie wstydu co do mojej zachłanności, potrzeby posiadania. Choć autorowi nie chodziło o wzbudzenie refleksji nad konsumpcjonizmem, gdzieś na peryferiach tej książki mimowolnie takie przemyślenia się pojawiają. Trudno czytać o dzieciach bez rodziców, mieszkających na cmentarzach Manili popijając latte i siedząc wygodnie w fotelu. Trudno nie poczuć jakiegoś uścisku zażenowania czytając o biedzie, gdy na stoliku obok leży Vogue z kreacjami za tysiące dolarów. Być może to obrzydliwie górnolotnie zabrzmi, ale po lekturze Eli, Eli poczułam niemal wdzięczność (a może ulgę), że zostałam nauczona tak niby naturalnej czynności jaką jest gryzienie pokarmów. Spójrzcie:

„Babcia obiera owoc, dzieli na pół i podaje dzieciom (…) I nikt nie widzi, jak dziewczynce nagle okrągleją oczy. Są coraz większe i większe. Każdy koncentruje się na swoim aparacie, iPhonie. Każdy chce złapać ostatnie tego dnia światło. Babcia ślepa, my ślepi, tylko Edwin widzi, co się dzieje: łapie dziewczynkę gwałtownie i obraca ją do góry nogami. Pia się dusi. I wypluwa calutką połówkę banana Edwinowi na dłoń. Umie połykać, ale nie umie gryźć.”

Dziewczynka miała trzy lata.

Tochman stworzył tę książkę wraz z Grzegorzem Wełnickim, fotografem. Opisane historie ludzi zostały jednocześnie udokumentowane na zdjęciach. Nie są to więc bezimienne portrety biedy, a to sprawia, że odbiór ich jest inny niż większości tego typu obrazków. Obchodzą nas bardziej, niż tysiące podobnych fotografii, którymi od lat jesteśmy bombardowani w mediach. To zabieg celowy, aby uzmysłowić czytelnikowi, jak bardzo zatraciliśmy się w przekazie obrazkowym. W pogoni za chwytającym za serce kadrem, zagubił się sens fotografowania. Obojętniejemy:

„Widok cudzego cierpienia zadanego człowiekowi przez człowieka może wzburzał nas kiedyś. Dziś o ważności zdjęcia decydują jego walory estetyczne: napięcie, kompozycja, klimat, światło, uroda.”

Zdjęcia nieszczęść są tak powszechne, że nie umiemy już na nie reagować.

Książka przedstawia także gorzki portret zachodniego turysty. Opisuje między innymi cieszącą się dużym powodzeniem wycieczkę True Manila podczas której ludzie z bogatych krajów mają okazję przejść się po slumsach na Onyxie i uwiecznić je swoim profesjonalnym, specjalnie na tę okazję przygotowanym aparatem. Jest to opowieść porażająca, pokazująca turystów biegnących po sensację, kierujących się pornografią ubóstwa:

„Młody Niemiec bierze dziecko na ręce. Tuli przyjaźnie i odpowiednio długo, by drugi młody Niemiec mógł sfotografować ten czuły i ciepły gest. Szczerze to będzie wyglądało. Naprawdę dobrze: wysoki, jasnoskóry (zgodnie z zaleceniami filtr 60), niebieskooki, uśmiecha się szeroko białymi zębami i trzyma śniade dziecko pewnie, całuje po ojcowsku (…) Biały dzieli się hojnie swoją białością. A brązowe dziecko – speszone, ale i zaciekawione – swoimi wszami.”

Co kieruje turystami, którzy jadą na Filipiny lub gdzieś indziej, gdzie poziom ubóstwa jest ogromny, by zobaczyć tę rozpacz, poczuć smród biedy? Przecież takimi zdjęciami bombardują nas codziennie media. Nagrody Pulitzera pełne są przerażających obrazów, na czele z tym, na którym sęp siedzi nad konającą dziewczynką z Sudanu. Więc dlaczego?

Wiemy, jak wygląda ciemna strona. Ale nam mało. Chcemy własne trofeum, swoją własną nagrodę Pulitzera, z którą po powrocie będzie się można obnosić jak z wygraną w konkursie.

Zwiedzający Onyx onanizują się swoim poznawaniem True Manila jakby ich wakacje w miejscach biedy były lepsze, ważniejsze od last minute na Kanarach, bo pozwalają doświadczyć prawdziwego życia, tego w slumsach. Ale tak naprawdę chcą tylko dobrych zdjęć, które uzupełnią portfolio. Ich pozorne zaangażowanie w problemy współczesnego świata nie przedstawia żadnej wartości poza, cóż, artystyczną. Fotografie nie opowiadają już żadnej historii. Nie ona jest najważniejsza. W pogoni za najlepszym światłem i kadrem, turyści zatracają proporcje, są ślepi, nie widzą rzeczywistego obrazu biedy. Nie zauważają, że mają przed sobą widok prawdziwej ludzkiej tragedii, że po tym jak pstrykną i pójdą dalej, całe to morze ubóstwa pozostanie tu, gdzie jest, a ich doskonale doświetlone zdjęcia nie zmienią nędznej egzystencji Onyxu, nie przekażą żadnego istotnego dla nich komunikatu w świat.

Książka Tochmana kłuje w serce. Obnaża hipokryzję ludzi, którzy namiętnie pstrykają fotki, będąc jednocześnie obojętnymi wobec tego, co widzą. Pokazuje jak buńczuczni potrafią być turyści z pierwszego świata w zetknięciu ze Światem Trzecim.

Może następnym razem celując obiektywem głodnemu dziecku w twarz, zastanowisz się nad swoim zachowaniem?

*Tytuł jest cytatem z książki Eli, Eli

2 myśli na temat “Jak wymknąć się perwersji bezkarnego patrzenia?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s